Sobota to pierwszy dzień “wolnego”, który miałem od początku tygodnia. Tak jak sobie zaplanowałem w domu, postanowiłem poświęcić ten dzień na zwiedzanie. W hotelu leżało trochę materiałów na temat San Francisco, swoje też wiedziałem. Co z tego wynikło? Myślę, że całkiem fajna wycieczka. Ale po kolei :)
Rano pożegnałem się z Bobem, wypiliśmy kawkę (ze Starbucksa, a jakże! Straszny syf BTW, chyba kawy nie pili :)) i poszedłem w swoją stronę. Zaopatrzony w mapę, bileta na BARTa (metro w SF) i swoje nogi ruszyłem w stronę Finacial District. Tam też zobaczyłem najwyższe budynki w SF. Strasznie mnie interesują nowoczesne, wysokie budynki, więc też bardzo mi się podobało. Najwyższym budynkiem w SF jest Transamerica Pyramid, ale to wiecie. Średnio ciekawy ten budynek, taki długi trójkąt, z daleka prezentuje się miernie. Ale za to drugi co do wielkości budynek (555 California Street) wygląda znacznie okazalej :) Porobiłem trochę fotek i ruszyłem w stronę zatoki.
Wtedy pierwszy raz zobaczyłem wodę w SF :D Tak tak, tydzień mi to zajęło. Zrobiłem sobie spacer po nabrzeżu od Pier 1 aż do samego końca. Nie powiem, nogi to mi do tyłka wchodziły. Mijając kolejne przystanie dotarłem do sławnego już Pier 39. Sławny jak sławny, parę sklepów, dużo ludzi i tyle. Nic specjalnego, lepiej się przejść tam, gdzie nie ma tylu ludzi, żeby np. zobaczyć fajny żaglowiec (BTW, koło żaglowca płynął jakiś koleś, ciekawe, czy mu zimno było :D)
Kawałek dalej mogłem przyjrzeć się wodzie z bliska, bo była plaża. Tak, w środku miasta mają plażę. Może nie duża, ale popływać sobie można. No i właśnie – mają czystą wodę, co mnie bardzo zdziwiło!
Dalej minąłem park, a za nim czekała mnie (z czego nie zdawałem sobie sprawy wcześniej) długa droga, bo obrałem kierunek Golden Gate. Ale nie było tak źle, miałem okazję przyjrzeć się domom nad brzegiem i podziwiać naprawdę fajne roślinki w parku znajdującym się przy nabrzeżu. Po dłuższej chwili moim oczom ukazał się Golden Gate w całej swojej okazałości. Nawet robi wrażenie, nie powiem :D Wdrapałem się na niego i poszedłem kawałek dalej, aby zobaczyć panoramę miasta. Oj, ładny widok. Postałem, popatrzyłem, porobiłem zdjęcia i postanowiłem wracać powoli. Wziąłem autobus, który podrzucił mnie kawałek, ale potem znowu z buta. Odkryłem na własnych nogach jak strome są te ich cholerne ulice :) No nie, sami zobaczcie!
Po naprawdę wyczerpującym dniu znalazłem Subway, żeby coś zjeść – hej, mają naprawdę dobre te kanapki! Po drodze jeszcze zahaczyłem o Burger Kinga aby zjeść Whopera.
Oj, proszę tego nie zamawiać, wierzcie mi. Duże bo duże, ale niedobre :) Lepiej do Maca skoczyć, serio, z dwojga złego Mac wygrywa :) Aha i mają niedobrą Colę. Polska jest o wiele lepsza. Pepsi w USA jest za to lepsze od Coli.
Wyczerpany (naprawdę) wróciłem do hotelu po, jak się okazało, ponad 20 km na nogach… Ale warto było, wrażenia niezapomniane!



















