W zasadzie, to cały dzień spędziłem w różnych środkach lokomocji. Wyleciałem ok. 14 z Katowic do Frankfrtu. Tam teź miałem 4 godziny przerwy przed następnym lotem, już bezpośrednio, do San Francisco. Sam samolot (Boeing 777) całkiem duży :) Spędziłem w nim ok. 12 godzin, więc po jakimś czasie i tak mi się znudził. Po wylądowaniu w San Francisco i odprawie (łącznie ze skanowaniem palców, robieniem zdjęcia i kilkukrotnym pytaniu po co tu przyjechałem) udałem się do hotelu metrem.
Sam hotel – spory. Kurde, czy tu wszystko jest duże? :) Mieszkam na 10-ym piętrze :) Po rozpakowaniu się poszedłem na piwko. Znaczy nie do końca tak było, bo przez godzinę szukałem szefa po hotelach :) Okazało się, że hoteli Mariott jest więcej niż jeden i są niedaleko siebie, heh :) Jak już go znalazłem poszliśmy w końcu na to piwko. Miejscówka była niezła, piętro 39 hotelu Mariott. Za dużo nie było z okna widać, bo wyższe piętra w SF ogarnięte są przez smog…
Zmęczony zasnąłem po pólnocy, czasu SF. Podsumować ten dzień można tylko w jeden sposób: wrażeń ogrom. Szczególnie, że jeszcze nie byłem w USA. Piszę dopiero dziś ten wpis, bo wczoraj nie miałem na nic siły. Zresztą, dziś nie jest lepiej :) Jutro postaram się napisać zaległe posty, ale na razie to muszę się porządnie wyspać. Więcej zdjęć również jutro. Dobranoc!





Zakładam, że spotkałeś się z Grzegorzem D. i innymi z PL? Niech oni piszą, a Ty śpij :D
Tak, spotkałem się z Grześkiem, ale o tym będzie w drugim poście, bo jestem trochę do tyłu :)
Piszcie na przemian :)